» Blog » [Opowiadanie] Sprawiedliwy świat
21-11-2016 21:48

[Opowiadanie] Sprawiedliwy świat

W działach: Opowiadania | Odsłony: 147

Dawno, dawno temu, być może w któryś wtorek, w odległej krainie o której położeniu autor wam nie powie, bo nie uważał na geografii, było sobie małe miasteczko. Życie w nim toczyło się niezmiennie od wtorku który skończył się być może wiele jedenastoleci temu. Aż pewnego dnia przybył do niej biały rycerz, na białym koniu i tak zamieszał, że ho, ho.

Tłum wiwatował. Kobiety piszczały. Mężczyźni skandowali „Biały Rycerz! Biały Rycerz!”, dzieci przynosiły kwiaty. Całe miasteczko było przyozdobione na tę okoliczność. Bohater tego wydarzenia powoli jechał na swoim cudownym wierzchowcu i machał do tłumu.  Na końcu trasy przywitał go burmistrz ze strażą miejską. Niedaleko stał jakiś przestępca zakuty w dyby.

- Witaj Biały Rycerzy, najdzielniejszy i najbardziej honorowy z bohaterów. – Zaczął Burmistrz uroczystym tonem.

- Jeśli jestem najdzielniejszy, to czemu mam taką tremę występując przed tobą jak i mieszkańcami tego wspaniałego miasteczka? – zapytał Rycerz uśmiechając się. Zeskoczył z konia i podał rękę na znak powitania każdemu z delegacji. Na końcu uścisnął dłoń zakutego w dyby. Burmistrz zmieszał się trochę z tego powodu ale nie dał nic po sobie poznać.

- Wiemy, że jesteś najbardziej sprawiedliwy ze wszystkich rycerzy – ciągnął burmistrz – proszę okaż nam swoją mądrość. Sprawiedliwość to największa cnota jakiej hołdują mieszkańcy naszego miasteczka. Niech wszyscy dowiedzą się na czym polega. Przyprowadziliśmy tu do ciebie złodzieja zakutego w dyby z prośbą byś go osądził i uciął prawą dłoń.

- Co takiego ukradłeś? – Zapytał podsądnego Rycerz.

- Panie, tylko bochenek chleba dla rodziny. Głodowaliśmy od dawna, naprawdę nie miałem wyboru.

- Czy to prawda? – zapytał Rycerz Burmistrza.

- Tak. Ten przestępca ośmielił się złamać prawo i obrabować piekarnię z bochenka chleba.

- Przyprowadźcie piekarza!

Po chwili zjawił się piekarz.

- Piekarzu – zaczął Rycerz – daje ci o to złotą monetę za twój bochenek chleba. To aż nadto wystarczająca rekompensata za stratę. Zakutego w dyby wypuśćcie.

- Ależ Rycerzu – zaprotestował Burmistrz – nie możemy, on złamał prawo i należy mu się kara.

- Był biedny, nie miał na jedzenie. Nie zrobiłby tego, gdyby nie zmusiły go okoliczności.

- Sam jest sobie winien. Mógł się lepiej uczyć w szkole. Albo wybrać studia rycerskie. Albo założyć firmę i zarobić na chleb. Nie możemy mu darować jego przewiny.

- W takim razie ogłaszam, że karą jest zakucie w dyby na czas który minie za pół sekundy. Już.

- Ale…

- Czyżbyś podważał autorytet Białego Rycerza, najdzielniejszego i najbardziej honorowego z bohaterów?

- Wypuścić go – poddał się burmistrz.

Nocą miasteczko było cichutkie i piękne. Księżyc w pełni odbijał się w kałużach a dymy z kominów w co poniektórych domkach wznosiły się ku gwiazdom. Wydawało się, że nic nie zmąci tego spokoju. A jednak.

- Ratunku! Ratunku!

- Oddawaj wszystkie pieniądze!

Jakiś biedny mieszczanin został napadnięty w ciemnym zaułku przez trzech drabów! Już zaczął oddawać całe swoje złoto gdy dało się słyszeć dźwięk wyciąganej stali. Oprychy odwróciły się za siebie i zobaczyły Rycerza w białej zbroi lśniącej odbitym światłem gwiazd i księżyca z wyciągniętym mieczem gotowym do siania śmierci, zniszczenia i w ogóle robienia kuku.

Na ten widok trzech bandziorów jak jeden mąż zdobyło moc człowieka gumy i niewidzialności, to znaczy wzięli nogi za pas i tyle ich widziano.

- Wszystko w porządku? – Zapytał rycerz napadniętego.

- Chyba tak.

- Choć. Odeskortuję cię do domu.

Nie minęli jednej przecznicy gdy napotkali patrol straży miejskiej.

- Witam panowie strażnicy czy słyszeliście krzyki napadu i ruszacie na pomoc? – zapytał Rycerz.

- Słyszeliśmy krzyki, ale nie idziemy na pomoc.

- Jak to?

- Jeśli ktoś był napadnięty jest sam sobie winien. Po co się włóczy w nocy? Nam nic do tego.

- To po co wy niby tutaj jesteście?

- Żeby zapewnić sprawiedliwość. Jeśli ktoś się włóczy po nocy i zostaje napadnięty, ma to na co sprawiedliwie zasłużył.

- A czy jeśli teraz uratowałem napadniętego oznacza to, że jednak ten napad mu się nie należał?

Minęło kilka dni w miasteczku. W tym czasie Biały Rycerz zyskał sławę jeszcze większego bohatera niż miał przed przybyciem w te strony. Pewnego razu zaprosił go do swojego domu Burmistrz.

- Rycerzu, drogi Rycerzu, miasteczko potrzebuje twojej pomocy?

- Co się stało? Jestem na twoje usługi, chyba, że chodzi o ucinanie rąk.

- Moja córka wychodzi za mąż za Czarnego Króla, który mieszka w pobliskim zamczysku i włada tymi włościami.

- Mam ją odbić?

- Nie, nie, nie! To wspaniała wiadomość. Córka na pewno zyska dzięki temu lepsze życie. Czarny Król to osoba sprawiedliwa, która niegodziwców i wrogów wbija na pal, człowiek sukcesu wygrywający wszystkie wojny i rozprawiający się krwawo z przeciwnikami.

Biały Rycerz słuchał uważnie swojego rozmówcy.

- Chodzi o to, że na ślub Król pragnie wydać wielką ucztę. Aby to zrobić chce opróżnić spichlerze naszego miasteczka. Jeśli tak się stanie będziemy głodować w zimie.

- Chcecie bym poprowadził bunt?

- Ależ nie. Wszyscy wiedzą, że Bogowie są dobrzy i sprzyjają dobrym ludziom. Czarny Król ma wysoką pozycję więc musi być ich wybrańcem. My biedni mieszczanie, nie możemy mu nic zrobić. W końcu sprawiedliwie mamy to na co zasłużyliśmy. Ale ty to co innego. Ty jesteś szlachetny. I dobry. Ty możesz go przekonać do zmiany zdania, tak byśmy nie cierpieli.

- Dobrze. Kiedy mogę wyruszyć do zamku?

- O zachodzie słońca. Pojedziesz z moją córką, ona pozwoli ci bez kłopotu ominąć straże i zaprowadzi przed oblicze króla.

Wieczorem Rycerz wraz z córką burmistrza  przybyli pod zamek. Gdy strażnicy dowiedzieli się kto przybywa od razu ich wpuścili. Bardzo szybko dwójka przybyszów dostała się do sali tronowej Czarnego Króla.

- Więc ty jesteś Białym Rycerzem, najdzielniejszym z bohaterów? Po cóż to przybyłeś do mojego zamku?

- Przybyłem byś zostawił miasteczko w spokoju i nie ruszał ich spichlerzy.

- A jeśli nie, to co?

- To do jutrzejszego dnia cię pokonam.

- Zobaczymy. Straże pojmać go.

Sześciu strażników ze wszystkich stron rzuciło się na rycerza! Ten wyciągnął swój miecz i zaczął morderczy taniec. Mimo, że był w zbroi, poruszał się niczym śnieżna pantera, parując i zadając ciosy. Obalił jednego napastnika, drugiemu wybił broń z ręki, jednocześnie pięścią łamiąc nos trzeciemu. Do sali zaczęło wbiegać coraz więcej uzbrojonych ludzi. Rycerz zrobił piruet, miecz pozbawił głowy jednocześnie dwóch przeciwników, stal uderzała o stal śpiewając pieśń śmierci, życia i nadziei. Nadziei, która powoli gasła. Rycerz słabł. Aż w końcu padł na kolana. Został przytłoczony ciężarem strażników. Ktoś kopnął jego miecz, który poleciał daleko pod ścianę komnaty. Ktoś zaczął wykręcać mu rękę. Ktoś walnął go tępym narzędziem w głowę i nastała ciemność.

Na drugi dzień na rynku miasteczka ustawiono pal. Na pobliskim podwyższeniu zasiadał sam Czarny Król, obok niego córka burmistrza.  Tłum ludzi zebrał się na wieść, że miano stracić Białego Rycerza.

- I co, teraz nie jesteś taki hardy? Zapamiętaj, że nikt nie zaczyna z Czarnym Królem! Straże nabić go na pal.

Poplecznicy wykonali polecenie swego władcy. Biały Rycerz jęknął z bólu. Starał się przede wszystkim nie krzyczeć. Pozbawiony swej cudownej zbroi. Swego wspaniałego rumaka. Nagi. Powoli umierał w cierpieniu. Ludzie dookoła patrzyli w ciszy.

-  Patrzcie jak kończą ci którzy się mnie przeciwstawiają.

Po kilku godzinach Biały Rycerz zmarł. Nikt mu nie pomógł. Nic się w międzyczasie nie stało. Po prostu odszedł.

- „Do jutrzejszego dnia cię pokonam”. Ha! Chyba Ci nie wyszło! – krzyknął Król.

A jednak. Pomyślała córka burmistrza. Był człowiekiem dobrym a Bogowie mu nie pomogli. Był człowiekiem sukcesu a poniósł porażkę. Miał wszystkie umiejętności, talenty i zalety a zginął. Tak po prostu. A jednak Króla pokonał. Pomyślała córka burmistrza, patrząc na mieszkańców miasteczka, którzy sięgają po broń i szykują się do ataku. Bo uwierzyli, że ich złe położenie nie zawsze musi być ich winą. Że czasem ludzie cierpią bez sensu. Nie dlatego, że w życiu zrobili coś źle, albo, że są ukarani przez bogów, ale po prostu bo tak. Że każdemu może podwinąć się noga. Nawet Czarnemu Królowi, jeśli tylko oni mu w tym pomogą.

Komentarze


Eliash
   
Ocena:
+1

Wciągająca lektura! Masz lekki i przyjemny styl.

Jest jednak w tekście sporo rażących literówek. Drobna korekta na pewno pomogłaby je wyłapać ;)

22-11-2016 23:25
Z Enterprise
   
Ocena:
+2

Dobre! Lubię bajki z morałem. 

23-11-2016 01:17
Johny
   
Ocena:
0

Przepraszam za literówki, myślałem, że word wyłapuje takie rzeczy. Dzięki za wasze komentarze, zawsze to miło przeczytać opinię innych o swoim tekście.

23-11-2016 20:34
dzemeuksis
   
Ocena:
+1

Fajne, ale końcówka to tak łopatą w ryj. ;)

24-11-2016 09:55
Johny
   
Ocena:
0

Dzemeuksis, czy rozumiesz przez to:

a) Zbyt mało bajkowa (czytaj brutalna)?

b) Zbyt dosłowna, nie dająca czytelnikowi pola do interpretacji?

c) Wszystko na raz?

d) Coś jeszcze?

Cokolwiek masz na myśli, świetnie to sformułowałeś. Inna moja czytelniczka twierdzi, że sądzi tak samo tylko nie umiała tego tak dobrze sformułować jak ty. Według niej wadą opowiadania jest, że nie jest tak optymistyczne jak poprzednie.

24-11-2016 19:44
dzemeuksis
   
Ocena:
+2

Chodziło mi o łopatologię. Według mnie cały ostatni akapit do wywalenia. Zamiast niego wystarczyłoby jedno zdanie, choćby tylko: "Z niezdrową fascynacją patrzący na trupa nie widział, jak za jego plecami mieszkańcy obnażyli ostrza." Całą moralizatorską resztę czytelnik mógłby sobie sam dopowiedzieć. A tak zamiast fajnego szorta wyszedł drętwy moralitet. Ale to tylko moja osobista opinia, nie mam pojęcia, czy obiektywnie byłoby to lepsze.

24-11-2016 20:04
Johny
   
Ocena:
0

Dzięki za wytłumaczenie. Tutaj akurat zależało mi na jasności przekazu. Myślałem, że w czymś na kształt bajki to jeszcze przejdzie. Ale fakt, że wiele osób lubi sobie zinterpretować dane wydarzenia po swojemu. No i jest ta zasada show don't tell. Jednym słowem element do przepracowania w następnych pozycjach.

24-11-2016 20:46
Z Enterprise
   
Ocena:
+1
A ja lubię takie "łopaty w ryj". Wczoraj skończyłem Głowę Kasandry i straszne rozczarowanie przez jej brak. Podobnie było z "Innymi Pieśniami" Dukaja (on ogolnie ma tendencję do psucia zakonczeń).
Lubię gdy autor kończy swoją myśl, przedstawia całą historię. Takie "to teraz się zastanawiaj" czy "zgadnij co autor miał na myśli" kompletnie do mnie nie trafia.
To jest twoja historia Johny, opowiadasz ją ty, więc ipowiedz do końca. Ja np nie chcę uczestniczyć i wymyślać co bylo dalej. Po to czytam, by ktoś to zrobił za mnie.
24-11-2016 21:44
Johny
   
Ocena:
0

Dzięki za twój głos Z. W klubie przemówień publicznych do którego należę zawsze po mowie dostajemy kartki od widowni z informacją zwrotną. I często jest tak, że ludzie piszą dokładnie przeciwne rzeczy. Typu "świetna mowa ciała, ale kiepska modulacja głosem" a zaraz potem "super modulacja głosem, popracuj nad mową ciała". Jak się widzi takie różne opinię o swojej twórczości to człowiek nabiera większego dystansu do tego co robi i uczy się, że nie zadowoli wszystkich i tylko eksperymentując dojdzie do wprawy :). Jeszcze raz dzięki wszystkim za opinie, także TO~ i Altonidasowi za opowiedzenie się po dwóch stanowiskach plusami.

24-11-2016 22:01
Z Enterprise
   
Ocena:
+1
Myślę że nie sposob zaspokoić wszystkich gustów. Możesz zaspokoić te "popularne", możesz zaspokajac te mniej, możesz zaspokajać swoje :) żadna droga nie jest zła chyba, ale dobrze zadać sobie pytanie, po co coś robimy? Czy piszę dla siebie, czy dla innych, czy dla kasy i pup? :)
Mi się wydaje, że jako autor chyba przede wszystkim powinieneś realizować swoje założenia i koncepcje. Wtedy tobie będzie się dobrze pisało, a i czytelnik ma szansę to dostrzec (choć niekoniecznie musi to polubić). Ale na pewno będzie ci się pisało w ten sposób łatwiej i przyjemniej, niż jeśli będziesz swoją twórczość siłą wtlaczal w formułki, zasady itd. Choć może to drugie rozwiązanie da ci większy fanbase (jeśli można mówić o czymś takim).
24-11-2016 22:47
Johny
   
Ocena:
0

Bardzo ciężkie ale też ważne pytania. Przyznam się, że miałem i miewam takie okresy, że chciałbym pisać dla kasy i pup :). Na dziś w sferze finansowej nie czuje się pewnie i bardzo bym się cieszył gdyby moja książka (której nawet nie napisałem) zarobiła milion dolarów, przyniosła mi sławę i tłumy piszczących fanek ;).

Są takie momenty, że piszę dla siebie. Po prostu to lubię. Tu na Polterze takich momentów jest większość. Jest tutaj kameralna atmosfera, nie ma wielkiej widowni, nie ma wielkich pieniędzy. Nie ma wielkich nagród więc motywacja jest głównie wewnętrzna.

Moim największym marzeniem jest pisać dla innych. Chciałbym być na przykład tak dobry w pisaniu komedii, by móc usłyszeć od kogoś, że owszem ma ciężko w życiu ale moje opowiadanie go setnie rozbawiło i podniosło na duchu. Wydaje mi się, że praca ma większy sens jeśli w jakiś sposób możemy służyć innym. Dlatego też na Poltku tak cenię komentarze.

To jest niebezpieczne dla mnie bo sprawia, że jestem bardziej podatny na krytykę i sugestie. Muszę po prostu zrównoważyć pisanie dla siebie/innych. Czyli jak w życiu zachować równowagę między dbaniem o siebie i o innych.

 

24-11-2016 23:35

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.